| < Wrzesień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
...
Mój świat
Społeczeństwo
Ulubione dźwięki
Wiara
Zaglądam...
Kategorie: Wszystkie | próby dziennikarskie
RSS
środa, 30 maja 2012

„Hitem” dnia jest wypowiedź amerykańskiego prezydenta. Barrack Obama podczas oficjalnego spotkania użył zwrotu: „polskie obozy śmierci”, choć – jak twierdzi jego otoczenie - podobno tylko się przejęzyczył. W żadnym jednak wypadku okoliczność ta nie może go usprawiedliwiać! Obama jest jednym z najbardziej wpływowych ludzi na świecie, szefem jednego z kilku globalnych mocarstw, którego słów słuchają miliony. Osobie takiej jak on, będącej na takim stanowisku, podobne błędy czy też przejęzczyenia po prostu nie mają prawa się zdarzać. Jak bowiem zinterpretować fakt, że takie słowa padają z ust człowieka ze świata wielkiej polityki, świetnie wykształconego, należącego do elity? Czego w takim razie oczekiwać od tzw. prostych ludzi z ulicy?

Jednak źródeł tego całego zamieszania, należy według mnie szukać w nas samych, w naszym społeczeństwie i osobach, którym przez wiele lat powierzaliśmy rządy.

Po pierwsze, nietrudno zauważyć iż znajomość historii (a w sczególności historii najnowszej) wśród Polaków jest fatalna. Z pewnością nie poprawi jej reforma oświaty, w myśl której lekcje historii w szkołach licealnych zostaną okrojone w jeszcze większym stopniu. Prawda w oczy kole – coraz mniej wiemy o historii Polski. I nie chodzi tu o jakąś specjalistyczną wiedzę z tej dziedziny, ale o podstawowe fakty dotyczące wydarzeń dla nas jako narodu najistotniejszych. Zazwyczaj nie jestem sarkastyczny, ale teraz taki będę: proponuję Ministerstwu Edukacji wprowadzić w polskich szkołach jeszcze więcej godzin języków obcych czy informatyki, w miejsce historii czy WOS-u. Na pewno wyjdzie to nam wszystkim na dobre. Sprawa jest bardzo prosta – jeśli sami jako społeczeństwo, nie będziemy dobrze wyedukowani historycznie, i nie będziemy chcieli/potafili wiedzy tej „sprzedawać” innym nacjom, nie dziwmy się, że dochodzi później do przeinaczeń, błędów, przejęzyczeń.

Po drugie, wypada „podziękować” politykom, zwłaszcza z MSZ, którzy od lat niczym lwy walczą o dobre imię Polski i Polaków, o polski interes narodowy czy też polską rację stanu. Zastanawiam się także, co robią te wszystkie agencje i insytucje zajmujące się promocją Polski i polskiej historii i zarabiające na tym mnóstwo pieniędzy?

Ale te ostatnie dni przed Euro pokazują też bardzo wyraźnie, że wizerunek Polski w świecie jest nadal bardzo kiepski. Brytyjska stacja BBC w porze największej oglądalności, na kilkanaście dni przed pierwszym gwizdkiem, emituje reportaż o polskich chuliganach demolujących stadiony piłkarskie. W materiale tym były angielski piłkarz Sol Campbell odradza swoim rodakom przyjazd do Polski na mistrzostwa (bo powrót z nich miałby nastąpić w trumnie). Czarnoskóry futbolista przekonuje, że UEFA popełniła błąd przyznając Polsce i Ukrainie organizację turnieju, oskarżając polskich fanów m.in. o rasizm czy antysemityzm. Dzisiejszy „Die Welt” donosi, że BBC ma sporo racji.

Sprawa wypowiedzi Obamy i film o polskich chuliganach pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego. Jednak nie jest tak. Oba fakty pokazują, że w naszym społeczeństwie nie dzieje się najlepiej. Nie znamy za dobrze swojej historii, odcinamy się powoli od naszych korzeni, także ze znajomością rodzimej kultury bywa różnie. Efekt jest taki, że tracimy jakąś część naszej tożsamości (tak, wiem – brzmi patetycznie, ale nigdy nie uważałem, aby patos był czymś, czego należy się wstydzić).

16:40, kefas84
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 lipca 2011

Wydarzenia w Norwegii zasumcają i przerażają. Zszokowani, z niedowierzaniem oglądamy medialne relacje i słuchamy naocznych świadków masakry.

 

 

Jednak w pojawiających się medialnych komentarzach nie znalazłem jednak ani jednego, który starałby się szukać przyczn tej tragedii nieco głębiej. Moim zdaniem bowiem, to, co się stało świadczy niezbicie o jednym - ludzkie życie przestało być jakąkolwiek wartością. Szacunek dla drugiej osoby, jej istnienia i godności - to wszystko w ostatnim czasie podlega ogromnej dewaluacji (większej, niż kiedykolwiek w przeszłości - tak myślę). Jak można inaczej wytłumaczyć fakt, że młody mężczyzna zabija lub przyczynia się do śmierci prawie 100 niewinnych osób, robiąc to celowo i z premedytacją? Czy zdobył by się na takie bestialstwo, gdyby znał wartość ludzkiego życia? Myślę też, że masakra powinna być dla nas wszystkich, Europejczyków (ale nie tylko) sygnałem ostrzegawczym. Ten norweski 30-latek dorastał i wychowywał się w bogatej, spokojnej i pozbawionej większych problemów Norwegii, nazywanej "krainą szczęśliwości". Nie wiem - nie chcę rzucać bezpodstawnych oskarżeń i snuć wyssanych z palca teorii, ale mam wrażenie, że ten skandynawski kraj w pewnym momencie poprzestał tylko na dbaniu o rozwój społeczno-gospodarczy, o bogacenie się, a zupełnie zapomniał o wartościach moralnych i etycznych, i krzewieniu ich wśród norweskich obywateli. Zdaje się, że w kraju fiordów postanowiono wszystkie rozważania nad moralnością i etyką zastąpić tolerancją - tym bożkiem współczesnego świata, magicznym lekiem na wszystkie problemy społeczne... Efekty są przerażające.

 

 

Mógłby ktoś powiedzieć, że kwestie etyczne pozostają przecież poza kuratelą państwa, że to wewnętrzna sfera każdego obywatela, w którą politycy nie mają prawa wkraczać. To prawda. Co jednak w sytuacji, gdy w szkołach dzieci uczą się przede wszystkim zasad politycznej poprawności? Gdy w ich podręcznikach można znaleźć dowody na totalnie pomieszanie dobra ze złem, za to na próżno szukać przykładów uczenia dzieci odwiecznych zasad moralnych? Gdy zamiast tego wszystkiego mamy telewizję pełną przemocy, gry komputerowe polegające na zabijaniu, internet pełen przepisów na udane morderstwa w świecie jak najbardziej realnym? To nie są zadania państwa? Ochrona dzieci przed szkodliwymi treściami, współpraca z rodzicami w dziele wychowania? A propo rodziców, i szerzej - rodzin; czy w tej sferze wszystko jest w najlepszym porządku? Właśnie w Norwegii np.?

 

 

Nuda... Tak, to właśnie ona - połączona z bezideowością - mogła popchnąć tego człowieka do morderstwa. Bo choć mówi się, że miał on skrajnie prawicowe poglądy, że właśnie z ich powodu zaatakował obóż młodzieżówki Partii Pracy i próbował dokonać zamachu na premiera Norwegii, to ja jednak myślę, że ten człowiek mógł mieć dość życia dostatniego, ale jednak monotonnego; spokojnego, ale jednak nużącego. Zrobił rzecz okrutną, nie ma dla niego usprawiedliwienia, powinien ponieść zasłużoną karę - ale według mnie wyniknęło to z faktu życia w teoretycznie bezproblemowym społeczeństwie, w którym wszystko jest, ale obywatele tak naprawdę o niczym istotnym nie rozmawiają. I nie spierają się.

 

Zastanawiam się, co się teraz stanie; po pierwsze z Norwegią, po drugie - z Europą. Z Norwegią - bo przecież społeczeństwo jakoś zareaguje. Przyjdą wybory i może się stać tak, że obecny rząd przepadnie w nich z kretesem. Czy wówczas przejmie władzę jakaś antyprawicowa, antynacjonalistyczna partia?  Czy może właśnie wręcz przeciwnie - stery przejmie ugrupowanie jeszcze mocniej opowiadające się za wielokulturową, tolerancyjną i otwartą Norwegią? Rozwiązanie pierwsze jest według mnie bardziej realne.A co będzie z Europą? Norweskie wydarzenia pokazały, że żaden kraj nie może się czuć bezpiecznie. I nie chodzi tu tylko o zagrożenie ze strony terroryzmu islamskiego.Myślę, że naród norweski potrzebuje teraz naszej modlitwy. Takie wydarzenia nie mogą nie pozostawić śladu w umysłach i sercach ludzi. Bywa, że są jakimś memento, jakimś znakiem. Czy tak jest, czy tak będzie i tym razem? 

21:19, kefas84
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 13 czerwca 2011
Tygodnik "Uważam Rze" - sądząc po zawartości jego najnowszego numeru - próbuje jakoś umiejscowić się w dyskursie nt. Kościoła katolickiego w Polsce i wyraźnie daje znać, po czyjej stronie będzie stał. Nie oceniam tego, nie komentuję; piszę o tym, bo najzwyczajniej w świecie zaciekawiło mnie to.

Najpierw komentarz Pawła Lisickiego o bp. Pieronku: Wszakże, muszę przyznać, dawny sekretarz episkopatu radzi sobie nie najgorzej. Dobrze zrozumiał mechanizm, którego używanie zapewnia sukces. Chcesz być słuchanym przez liberalne media? Mów to, co chcą usłyszeć, ale czego się po tobie, ze względu na twój wizerunek czy urzędową funkcję, nie spodziewają. (...) Martwię się tylko, co będzie, kiedy biskupowi Pieronkowi już niczym nikogo nie uda się zainteresować. Jak on to, biedak, zniesie? (za: KAI)

Jeszcze ciekawszy jest artykuł Krzysztofa Feusette o ks. Kazimierzu Sowie, w którym pada m.in. takie oto sformułowanie: Jest postacią tym barwniejszą, że atakuje innych duchownych za ich polityczne zaangażowanie, a sam tkwi w politycznym PR po koloratkę. (za: KAI)

Dziennikarze tygodnika (dokładniej mówiąc, Cezary Gmyz) prowadzą także dochodzenie w sprawie TW o kryptonimie "Filozof", wspominając przy tym zmarłego w tym roku śp. abp. Życińskiego. W numerze znajdziemy ponadto obszerny wywiad z o. Ksawerym Knotzem, a także tekst o wędrownych rekolekcjach organizowanych przez kapucynów.

Nie po raz pierwszy "Uważam Rze" poświęca religii tyle miejsca na swoich łamach. Myślę jednak, że w debacie o miejscu Kościoła w polskim życiu publicznym tygodnik trzyma podobną linię, co dziennik "Rzeczpospolita". Zaskoczenia nie ma, ale może też nie o to chodzi?



17:39, kefas84
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 czerwca 2011
Piękna, słoneczna niedziela:) Dziękuję wszystkim, z którymi dzisiaj grillowałem i bawiłem się na festynie parafialnym w Zgierzu! Ten czas, który na nim spędziłem, uświadomił mi po raz kolejny ważną rzecz - można zorganizować huczną imprezę, wydać na nią mnóstwo pieniędzy, zaprosić nie wiadomo jakie gwiazdy, a i tak wszystko może nie wypalić... Czasem lepiej zorganizować coś własnym nakładem sił, we wspólnocie, poświęcić swój czas, siły i energię, i potem cieszyć się po prostu z bycia razem! Naprawdę, człowiek szuka czasem rzeczy wielkich, a może to te małe są najważniejsze:)?
22:20, kefas84
Link Komentarze (1) »
sobota, 11 czerwca 2011
Chciałbym powiedzieć, że dzisiaj po raz kolejny uświadomiłem sobie, że jako Polacy mamy jedną, obrzydliwą, narodową cechę (mamy ich więcej, ale akurat dzisiaj o tej jednej chciałem wspomnieć). Myślę, że nie ma przesady w gorzkim stwierdzeniu, że to jest jedna z tych cech, która blokuje rozwój i modernizację naszego państwa. I naprawdę, radzę się nad tym głębiej zastanowić!

Tą cechą, która niesamowicie mnie wnerwia w moich rodakach, jest niebywałe wręcz chamstwo, połączone z pewnego rodzaju egoizmem i prywatą (przepraszam za dosadne sformułowania). Jest sobotnie, czerwcowe przedpołudnie, na jednym z najbardziej obleganych rynków w Łodzi - Rynku Bałuckim - odchodzą iście dantejskie sceny. Konia z rzędem temu, kto potrafiłby od razu po dotarciu na miejsce samochodem, znaleźć miejsce do parkowania (w takim miejscu, do którego można donieść zakupy); dzisiejsze doświadczenie moich bliskich to trzykrotne okrążanie terenu targowiska w celu znalezienia kawałka wolnej przestrzeni, a także nerwy i stres z tym związane (to ostatnie udzieliło się szczególnie mojej mamie). A dlaczego ten stres? To proste - o kawałek wolnego miejsca na chodniku toczyła się regularna wojna, w której zwyciężają nie ci kulturalni, opanowani i dobrze wychowani kierowcy, ale - za przeproszeniem - chamusie i cwaniaki, którzy muszą, no po prostu muszą pokazać, jacy to oni są sprytni, przebiegli i obrotni. Nic to, że wjeżdżają Ci z piskiem opon przed maskę, że ścigają się z Tobą w celu dorwania wolnego miejsca - oni myślą tylko o sobie i o swoich czterech literach. Nie, oni nie będą czekać - oni muszą być pierwsi i pokazać, że w nosie mają zasady dobrej kultury, savoir vivre'u itd... 

Może moje dywagacje idą zbyt daleko, ale doprawdy - przecież wszyscy dobrze to znamy z ulic, urzędów, autobusów, pociągów... Codzienne życie Polaków niestety pełne jest aktów chamstwa, a nierzadko i agresji. Każdy walczy o swoje, każdemu wydaje się, że jest sam na świecie, a inni są tylko przeszkodą do bezpardonowego pokonania (i unicestwienia). 

A najgorsze w tym wszystkim zdaje się być to, że nie inaczej wygląda generalnie całe nasze życie publiczne. Przykład dają politycy, ale nie ustępują im w tym - co według mnie jest przerażające i smutne zarazem - intelektualiści: dziennikarze, naukowcy i inne postaci życia publicznego.

Smutne, że tak jest. Nie potrafimy współpracować ze sobą na poziomie najbardziej podstawowym: rodzinnym, osiedlowym, miejskim. "Nawalamy" jako społeczeństwo podczas zwykłych, sobotnich zakupów - każdy z nas "ciągnie" w swoją stronę, uważa się za pępek świata i widzi tylko i wyłącznie czubek własnego nosa. Zastanawiam się - jak my mamy budować więzi społeczne w takim społeczeństwie? Jak mamy dochodzić do podejmowania i wypracowywania pewnych fundamentalnych dla kraju i jego funkcjonowania decyzji, ważnych przecież dla każdego z nas, jeśli nie umiemy w spokoju robić zakupów, załatwiać spraw w urzędzie, szukać miejsca do zaparkowania? 
13:20, kefas84
Link Komentarze (5) »
piątek, 10 czerwca 2011

To nie jest tak, że mi się nie chce pisać - ja po prostu zwyczajnie nie mam na to czasu:) Mimo to po raz kolejny spróbuję się zmobilizować, choć oczywiście nie wykluczam tego, że za jakiś czas znów dojdzie do jakiejś dużej przerwy. Może tak to już musi być z blogowaniem?

Deszczowy, czerwcowy poranek. Trudno było wstać, zebrać się i przyjechać do pracy (zacząłem dzisiaj o 7.00). W tramwaju czytałem mój literacki hit ostatnich dni, czyli "Wojnę Klary" Clary Kramer i Stephena Glantza. Dobra lektura, oparta na pamiętnikach młodej żydowskiej dziewczynki z Żółkwi (miasto koło Lwowa). Lubię takie książki, lubię takie tematy.

A poza tym cóż - człowiek ciągle coś tam czyta, coś tam próbuje pisać, spotyka się z różnymi ludźmi i uczy się życia (tak, tak!) w otaczającej go rzeczywistości. Chciałby zmienić pracę, ale jeszcze mu się to nie udało. Siedzi za dużo na Facebooku (i myśli, że mógłby ten czas spokojnie przeznaczyć na pisanie kolejnych notek na blogu), bywa tu i tam...

07:49, kefas84
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 28 marca 2011

Do historycznego 1 maja 2011 r. coraz bliżej... Dla osób wierzących ten dzień będzie zapewne wielkim świętem wiary i radosnym dziękowaniem Bogu za nowego, wspaniałego Błogosławionego. Wielu jest takich, którzy beatyfikację przeżyją na żywo w Rzymie; inni ruszą w Polskę do miejsc szczególnie związanych z Karolem Wojtyłą. Sporo osób zasiądzie także przed telewizorami, śledząc trasmisję z watykańskich uroczystości.

Jestem jednak niezmiernie ciekawy tego, jak pierwszomajowa beatyfikacja Jana Pawła II będzie odebrana przez osoby niewierzące (możliwe, że takie pytanie można postawić już dzisiaj). Co tego dnia będą czuć ci, którzy polskiego Kościoła (może należy napisać - Kościoła w ogóle) mają już szczerze dość, a Jana Pawła II traktują po prostu jako ważną postać w historii Polski?

Myślę tu o młodych ludziach, zwołujących się w sierpniu ubiegłego roku przez Facebooka, aby – nie bójmy się tego określenia – profanować krzyż na Krakowskim Przedmieściu. Wychowani w świecie popkultury i nowych technologii, kwestionujący wiele autorytetów, traktujący życie jak zabawę – niektórzy uczniowie gimnazjów i liceów (ale także – studenci). Ich rezprezentantem mógłby być Dominik Taras.

Myślę także o lewicowych intelektualistach, zaczytywających się w „Krytyce Politycznej” i przesiadujących godzinami w „Nowym Wspaniałym Świecie”; o naukowcach roztrząsających kwestie typu problemy mniejszości różnego rodzaju, feminizm, studia gender (które zapewne są bardzo ważne, ale przecież nowy Błogosławiony miał na nie zupełnie inne spojrzenie niż tzw. nowa lewica...).

Myślę w końcu o zwolennikach Janusza Palikota, czytelnikach „Nie”, „Faktów i Mitów”; o ludziach w różnym wieku, którzy o Kościele mają zdanie jak najgorsze (nie miejsce tu na rozstrzyganie, czy, kiedy i jak dalece mają rację, a kiedy nie). To jest jakaś część polskiego społeczeństwa – antyklerykalnie nastawieni ludzie różnej płci i wieku, pochodzenia i wykształcenia, z dużą rezerwą podchodzący do spraw wiary i Kościoła.

W ubiegłą środę w warszawskim Pałacu Arcybiskupim miała miejsce niezwykle ciekawa sesja dla mediów, zatytułowana "Wymiary świętości Jana Pawła II". Miałem okazję i zaszczyt w niej uczestniczyć. Padło tam wiele pięknych słów i świadectw o papieżu z Polski, które przez osoby wierzące z pewnością są i będą zrozumiane. Wracając jednak wieczorem pociągiem do domu, zastanawiałem się: a co z tymi, którzy nie identyfikują się z wiarą i Kościół traktują niezwykle ostro i bezpardonowo? Którzy nierzadko ten Kościół chcą w jakiś sposób zwalczać (choć to może zbyt duże słowo)?

Nie znam odpowiedzi na te pytania, ale chciałbym, żeby beatyfikacja Jana Pawła II zmieniła coś także i w nich. Żeby ten dzień przyczynił się w jakiś sposób do pogłębienia naszego polskiego dialogu między wierzącymi a niewierzącymi (a szczególnie – antyklerykałami). Bo przecież Błogosławiony z Wadowic także do nich wychodził i także z nimi rozmawiał – nigdy nie stawiając się wyżej od nich i w pełni szanując ich poglądy i przekonania.

Może zresztą to jest właśnie lekcja do odrobienia dla polskiego katolika przed 1 maja?

17:23, kefas84
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 07 marca 2011

Jutro po raz kolejny wydarzy się coś, co pewnie niejednego wrażliwego, zaangażowanego katolika nieco zbulwersuje, i o czym mówić się będzie przez kilka najbliższych dni. Oto bowiem jutro "Gazeta Wyborcza" z okazji Dnia Kobiet przygotowuje numer specjalnie dla pań (jak głosi napis na dzisiejszej czołówce - "zamiast życzeń"). Będąc w saloniku prasowym przez kilka chwil, nie miałem co prawda możliwości głębszego przyjrzenia się tematom, które zamierza poruszyć "GW" - zdaje się jednak, że o kobietach i ich problemach będzie napisane "na feministyczną nutę".

I znów chce się powiedzieć polskim katolikom - postawmy na przekaz pozytywny! Nie ma co toczyć wojenek z liberalno-lewicowym dziennikiem z Czerskiej. Mają prawo pisać o tych tematach to, co im się żywnie podoba, a i sposób pozostaje dowolny. Jasne - można się święcie oburzyć, bić na alarm, bo przecież i "GW" poczytna, i teksty zapewne będą miały inne przesłanie niż byśmy jako katolicy chcieli. Tylko co przez to osiągniemy? Zupełnie nic, a po raz kolejny mogą nam dorobić gębę (wszyscy dobrze wiemy, jaką).

Dlatego może warto zastanowić się, co my, chrześcijanie, moglibyśmy powiedzieć współczesnym kobietom? Co im zaproponować jako Kościół? A przecież mamy cały aresnał środków, metod, ofert i propozycji... Wystarczy sięgnąć do Pisma Świętego, do nauczania Jana Pawła II, do innych wartościowych myślicieli, teologów i duchownych. A co z promocją kobiet w Kościele? Mamy tysiące wspaniałych, mądrych, świętych wręcz kobiet różnego wieku i powołania; mamy żony i matki, siostry zakonne i kobiety świeckie. Każdego dnia wykonują one wspaniałą pracę i posługę dla dobra drugiego człowieka. Gdyby nie one, wiele spraw wyglądałoby inaczej - także w naszym katolicyzmie. Posłużę się przykładem z mojej macierzystej wspólnoty, jaką jest ruch oazowy. Nie będzie chyba przesady w stwierdzeniu, że to właśnie kobiety przyczyniły się do jego rozkwitu - mam tu na myśli Wspólnotę, a teraz Instytut Niepokalanej Matki Kościoła, mający siedzibę w "centrali" Oazy w Krościenku nad Dunajcem. Ruch wiele tym skromnym, ale i wspaniałym kobietom zawdzięcza!

Tylko to całe bogactwo trzeba teraz pokazać światu i nie dać się wiecznie spychać do narożnika. My naprawdę nie mamy się czego wstydzić!

A wszystkim Kobietom zaglądającym na mojego bloga życzę po prostu świętości:)!

15:34, kefas84
Link Komentarze (9) »
czwartek, 24 lutego 2011

Jako chrześcijanin często spotykam się ze stwierdzeniem, iż czymś niewłaściwym jest traktowanie Kościoła jako oblężonej twierdzy. Takie słowa nieraz padły z ust osób niewierzących, z którymi rozmawiałem na tematy "okołokościelne".

Powiem tak - jestem w stanie zrozumieć osobę wypowiadającą czy formuułującą powyższą tezę. Myślę, że chodzi tu o to, abyśmy jako wierzący unikali wszelkich postaw polegających na zajmowaniu się sobą, a w otaczającym na świecie potrafili dostrzegać nie tylko to, co złe, ale także to, co dobre i wartościowe. Ponadto o to, abyśmy nie mieli poczucia, że świat zewnętrzny nie robi nic innego, tylko szuka sposobu, aby nas zaatakować, "przywalić nam". To wszystko mamy odrzucić - inaczej bowiem traktujemy naszą religię jak oblężoną twierdzę, którą trzeba obromić za wszelką cenę. Cóż, pewnie niektórzy ateiści lub agnostycy mają tu wiele racji, bo otwartość jest rzeczą niezwykle ważną.

Zapytam jednak przewrotnie - jeśli nawet zdarza się nam, katolikom, robić z Kościoła oblężoną twierdzę, to czy to musi być z gruntu złe? Według mnie, wcale nie musi tak być. Spójrzmy bowiem na sytuację ludzi wierzących w dzisiejszych czasach. Czy dzisiaj łatwo jest wierzyć? Według mnie, jest to coraz trudniejsze. Jest jednak dla nas wyjście - wspólnoty i ruchy kościelne. Dla wielu katolików są one prawdziwym umocnieniem i pomocą w życiu duchowym. No ale przecież w jakimś sensie każda chrześcijańska wspólnota jest trochę zamknięta na innych (nie chodzi mi o zamykanie się na nowych członków) - bo przecież do grupy religijnej (tu - chrześcijańskiej) wchodzi się m.in. po to, żeby mieć kontakt z osobami czującymi i myślącymi podobnie, wierzącymi w to samo co my... Cóż w tym złego?

Summa sumarum - myślę sobie, że życie we wspólnocie chrześcijan (mam tu na myśli małą wspólnotę, nie zaś Kościół w sensie globalnym) jest bardzo potrzebne współczesnym wyznawcom Jezusa. W tym sensie trwanie w "oblężonej twierdzy" jest potrzebne. Chodzi o twierdzę, w której człowiek schroni się przez osłabieniem swojej wiary, uzyska pomoc od współbraci, naładuje swoje duchowe akumulatory. A zatem - zdecydowanie razem, nie osobno!

11:26, kefas84
Link Komentarze (2) »
czwartek, 17 lutego 2011

Z dedykacją dla Błażeja!:)

Pobyt w Rotterdamie, na 33. Europejskim Spotkaniu Młodych zorganizowanym przez wspólnotę braci z Taize, był dla mnie niezwykle ciekawym doświadczeniem, które – takie jest moje głębokie przekonanie – pozostanie we mnie na długo.

Na spotkaniu przypadającym na okres świąteczno-noworoczny byłem po raz czwarty (poprzednie spotkania w których uczestniczyłem, miały miejsce w Budapeszcie, Zagrzebiu i Poznaniu). Wiedziałem więc, czego powinienem się spodziewać po takim spotkaniu, wydawało mi się zatem, że niewiele rzeczy będzie mnie w stanie zaskoczyć. Stało się jednak inaczej.
Tegoroczne ESM w Rotterdamie było dla mnie przede wszystkim pierwszym poważniejszym spotkaniem ze społeczeństwem wielokulturowym, z jego zaletami i wadami, z bogactwem ale i pewnymi słabościami, od których nie jest wolne. Wielobarwność kraju Rembrandta i van Gogha widoczna była na każdym kroku. Wiele razy podczas tych grudniowych dni zastanawiałem się, czy łatwo jest na co dzień żyć w takim państwie jak Holandia, gdzie np. duży procent mieszkańców stanowią muzułmanie, a z drugiej strony wyznawcy innych kościołów i wspólnot chrześcijańskich (głównie protestanci) oraz ateiści. Jechałem zresztą z takim przekonaniem, że kraj ze stolicą w Amsterdamie jest bardzo otwarty na wszelkiego rodzaju mniejszości, których prawa bronione są szczególnie mocno (mam tu na myśli np. środowiska homoseksualne).

Będąc w Rotterdamie doświadczałem tego wszystkiego na własnej skórze. Pierwsza moja myśl dotyczy sytuacji tamtejszych katolików. Kościołów, w których można spotkać katolicką Mszę świętą i kapłana, jest naprawdę jak na lekarstwo. Te trudności były dla katolickich uczestników spotkania nieraz bardzo dotkliwe. Mogę powiedzieć od siebie, że będąc przez te kilka dni w zdominowanej przez protestantów i ateistów społeczności zacząłem dostrzegać, jak wielką wartość ma katolicyzm. Nie, nie chodzi tu o poczucie wyższości czy dominacji nad innymi. Jednak modląc się w nowoczesnym protestanckim zborze, który zupełnie nie przypominał naszych katolickich świątyń, czułem się bardzo „nie u siebie”. Brakowało mi liturgii katolickiej, gestów i symboli liturgicznych, odpowiednich postaw w czasie modlitwy. Wróciłem z przekonaniem, że katolicyzm tkwi we mnie bardzo głęboko (nie sądziłem, że aż tak). Co oczywiście nie oznacza, że odrzucam i neguję sens wierzeń prostestantów czy innych chrześcijan. To z pewnością także jest piękna duchowość, myślę także, że głęboka – ale to po prostu nie mój świat.

Moim światem nie jest także rzecz jasna islam. Jego wyznawcy mają w Rotterdamie przynajmniej dwa meczety, a ich samych można spotkać w niezliczonej ilości miejsc. Odróżniają się od reszty ubiorem, karnacją, językiem, sposobem zachowania. Nieraz zastanawiam się, jakby to było, gdybyśmy i w Polsce mieli taką multikulturową mieszankę?

Z Rotterdamu wróciłem z silnym przekonaniem, że życie codzienne w mieszance różnych kultur, narodów i religii nie jest proste. Myślę, że wymaga to ogromnej pracy każdego człowieka, który na co dzień styka się z innością. Człowiek musi w sobie przepracować to, że obok niego żyją ludzie myślący i czujący inaczej. To wielka trudność, bo wydaje mi się, że z natury jesteśmy niestety bardzo leniwi i jednak pozamykani na siebie. Jakże łatwiej żyłoby się nam ze świadomością, że naprawdę jesteśmy wszyscy ludźmi, stworzonymi przez Boga, na Jego obraz i podobieństwo; że jesteśmy wobec siebie braćmi i siostrami, a nie wrogami!

09:16, kefas84
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 39